Black Friday w polskim wydaniu

Zdarzało mi się obserwować uważnie amerykański rynek i ich promocje na różne produkty. W internecie widziałam zdjęcia ludzi stojących za drogim sprzętem, który nagle stał się bardziej osiągalny. Dzięki cenie oczywiście. A potem wracam do Polski i przeglądam nasze strony. Chodzę po sklepach i widzę, że ceny przed wyprzedażą na Black Friday są zawyżane, a potem dany produkt i tak jest drogi.
Wczoraj też tak chodziłam po sklepach, zupełnie bez celu. No dobrze, może z jednym celem. Zobaczyć, czy znajdę wreszcie torebkę skrojoną na moje potrzeby. Poprzednia rozwaliła się nagle i niespodziewanie, przez co miałam do dyspozycji tylko plecak.
I jakie było moje zaskoczenie, gdy znalazłam taką torebkę. I to w całkiem przystępnej cenie. I w sklepie, o którym wiedziałam, że jest drogi, ale ponoć ma dobrą jakość. Gdyby nie obecne zniżki, pewnie miałabym problem, żeby kupić ją w normalnej cenie.
Tym sklepem był Wittchen. Nie ukrywam, niegdyś podobały mi się ich torby, ale ceny zawsze przerażały. Tymczasem cena okazała się być nadspodziewanie atrakcyjna. Ponadto, podczas zakupu dostajemy woreczek przeciwkurzowy, niczym w najlepszych sklepach znanych marek. Zatem – pełne zaskoczenie! Nie sądziłam, że w naszym kraju można jeszcze nabyć coś w dobrej cenie i to w okresie około blackfrajdejowym. 🙂
A Wy znaleźliście coś w dobrej cenie podczas ostatnich wyprzedaży?

Dlaczego mamy taki problem z 11 listopada?

Nie lubię unikać trudnych tematów. Czasem jest to dobre, jak w przypadku polityki, ale niekiedy… warto coś powiedzieć. Choćby teraz. Dzień przed 11 listopada. Kiedy powstał problem z tym świętem?
Szukam korzeni tego gniewu, zastanawiam się i wciąż nie wiem. Z jednej strony nagonka na ludzi maszerujących, z drugiej też wyzwiska. Nie umiemy już normalnie świętować tego pięknego dnia. Odzyskaliśmy NIEPODLEGŁOŚĆ. Po 123 latach. To bardzo, bardzo długi czas. Nasi przodkowie potrafili zawalczyć i się zjednoczyć. Wiadomo, było różnie. Polacy umieją zwykle się dogadać, kiedy jest źle. A może taki obraz nam się wmawia. Sama już nie wiem. Nie chcę powielać stereotypów. Pomyślałam jednak, że warto dorzucić swój głos, swoją cegiełkę do tej dyskusji. Nawet jeśli małą, to i tak jakąś.
Dlaczego często atakujemy ludzi, którzy chcą obchodzić ten dzień? Wyzywamy do faszystów? Okej, wiadomo, zawsze znajdzie się choćby parę osób wierzących w niefajne ideologie. Ale tak się dzieje zwykle po obu stronach. Nie lubię tego, że się pluje na wszystkich. I umniejsza się sens tego dnia. Wielu się z tego śmieje. A przecież świętujemy wielkie i ważne chwile. Co to musiała być radość dla naszych przodków, wyobraźcie sobie! Mogli sami stanowić o swoim państwie, być wolni. Pamiętacie choćby rusyfikację czy germanizację? Każdy zabór miał inaczej, a jednak jedno pozostawało wspólne – zniewolenie kraju. I niezadowolenie. Dziś nie chowamy polskich książek w zakamarkach domu. Jesteśmy wolni. Kiedy coś nam się nie podoba, to możemy zaprotestować. I to jest super.
Cieszmy się jutrzejszym dniem, celebrujmy go. Ja zamierzam tak zrobić i życzę Wam, aby był to miły i udany dzień. 🙂

Profilaktyka to podstawa

Zdaję sobie sprawę, że ten temat był już milion razy poruszany. Pojawiał się wszędzie. I cóż, to raczej temat październikowy, a nie listopadowy. W zeszłym miesiącu mieliśmy mnóstwo akcji zachęcających do badań. I to musi być wspaniałe uczucie, kiedy idziesz na takie badania i mówią Ci, że wszystko jest okej.
Ja niestety nie mogę tego o sobie powiedzieć. Już od kilku miesięcy robiłam różne badania, aby dowiedzieć się, skąd mój spadek energii i sił. I jasne, przyczynę poznałam, ale przy okazji zrobiłam też inne badania. Po prostu, żeby wiedzieć. Jedno z nich nie wyszło dobrze. Dlatego teraz, z mojej perspektywy, chciałam dorzucić chociaż słowo od siebie. Wszędzie to słyszycie: „Idź się przebadaj.” Teraz zrobiła się nawet na to moda. Koniecznie z selfie, że się było. Ale to naprawdę ważne. Bo można uniknąć problemów i cieszyć się normalnym życiem. Gdybym zrobiła jedno, jedyne badanie już kilka lat temu, to dziś dostałabym tylko leki do zażywania. A tak, już za kilka miesięcy, idę na pierwszą w życiu operację. Poważną. I to mnie najbardziej dołuje. Że mogłam tego uniknąć, gdybym tylko pomyślała. Fakt, że nie pomyślałam o wykonaniu takiego badania, mówi też trochę o służbie zdrowia. Nikt mnie na nie nie skierował. Niemniej powinnam była chodzić częściej do lekarza. I takie są skutki.
Dlatego – krótko ode mnie – idźcie się przebadać. Porządnie. Nie ograniczajcie się tylko do morfologii. Okej, od niej wszystko się zaczyna. Ale idźcie dalej. Sprawdźcie wszystko, bo możecie tylko zyskać. Przede wszystkim własne zdrowie.

Targi Książki

Chociaż mam ostatnio niezbyt fajny etap w życiu, zwłaszcza zdrowotny, nie wgłębię się w temat. Nie wiem, czy słyszeliście o Targach Książki. Zdarzało mi się niekiedy słyszeć, że ktoś nigdy na nich nie był czy nawet nie wiedział o ich istnieniu. A skoro tak, to ja Wam o nich wspominam! 🙂
W moim rodzinnym mieście – Krakowie – Targi Książki są bardzo ciekawe i rzeczywiście opłaca się na nie pójść. Niegdyś ja też o nich nie wiedziałam. Na szczęście bibliotekarka z mojego gimnazjum – świetna i kreatywna osoba, postanowiła nas na nie zabrać. Właściwie grupkę chętnych. Jako że od książek nigdy nie można mnie było oderwać, to poszłam tam z ogromną radością. Nigdy nie wracałam rozczarowana.
I tak, od 2009 roku, zaczęła się moja historia z Targami Książki. Zdobyłam kilka autografów od pisarzy, których cenię i często kupowałam nowości za rozsądną cenę, to znaczy nieokładkową. Jednakże, gdyby chcieć kupić wszystko, co nam się podoba, to skończylibyśmy z poważnym debetem i sporym bólem kręgosłupa.
Od kilku lat dokonuję selekcji. Decyduję się tylko na książki, które już czytałam i które chcę mieć w domu bądź na te, które ktoś mi już polecił. Jest jeszcze trzeci scenariusz – czytałam wywiad z autorką albo artykuł o danej książce i zostałam przekonana. A to się w sumie rzadziej zdarza. 🙂
Jedyny problem z obecnymi Targami jest taki, że jest tam nazbyt tłoczno. Najlepiej pójść w czwartek lub piątek, jednak nie każdy ma taką możliwość. Mnie się właśnie skończyła. Skończyłam studia, mój piątek nie jest już dniem wolnym. W tym roku udałam się w sobotę i myślałam, że zemdleję w tłumie. Niestety, organizacja Targów znacząco się pogarsza mimo większego obiektu. Nie jest to dobrze przemyślane, co odnotowuję ze smutkiem. Niemniej, na Targi wciąż warto pójść.
A co kupiłam w tym roku?
Najnowszy komiks Asteriksa, jako że uwielbiam całą serię.
Mangę o tytule „Ikigami” od mojego ulubionego wydawnictwa „Hanami”.
„Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu” Agaty Romaniuk jako że ostatnio uwielbiam wszelkie książki reportażowe o dalekich krajach.
„Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczpospolitej” Jerzego Chochołowskiego, aby dowiedzieć się więcej o ciekawych postaciach tego okresu. Skusił mnie rozdział o Aleksandrze Piłsudzkiej, o której wiem w sumie niewiele.
To w sumie i tak niewiele jak na mnie, ale wydaje mi się, że to przemyślane zakupy. To zawsze krok naprzód.
A Wy chodzicie na Targi Książki? Co kupiliście ostatnio?

Dlaczego prościej jest udawać, że się nic nie widziało (?)

Specjalnie to napisałam. Z premedytacją. Ta kwestia często mnie zastanawiała, ale zwłaszcza dzisiaj do mnie powraca. Dzisiaj jest totalnie zwykły dzień, wyłączając fakt, że to niedziela i można odpocząć. A jednak tryb dnia nieco inny. Msza, wybory, a dopiero potem spacer z piesełem. Spacer był jednak całkowicie normalny. Do czasu… Kiedy wracałam z psem do domu, dostrzegłam małego pieseła, który, bardzo przestraszony, chyżo uciekał z zamkniętej przestrzeni przeznaczonej dla psów. To coś w rodzaju mini parku. W każdym razie warto tutaj powrócić do chwili, zanim pies uciekł. Często na takiej przestrzeni właściciele spuszczają psy ze smyczy. Okej, normalne. Ja tam mojego pilnuję i nie zdecydowałabym się na to, ale każdy ma swój pogląd. Tyle że sytuacja zaczyna robić się niefajna, kiedy jeden wielki pies zaczyna atakować małego. A właściciel ma to gdzieś! Siada na ławce, totalnie ignorując fakt, że jego pies zaczyna być coraz bardziej agresywny do mniejszego. Ponadto, właścicielka małego psa, prawdopodobnie chihuahua, bierze swojego pupila na ręce. Duży skacze już po właścicielce malucha. Dalej zero reakcji ze strony właściciela. Dopiero po pięciu minutach tego panicznego strachu, właściciel wielkiego psa postanowił łaskawie wstać z ławki. Do tej pory kiedy o tym pomyślę cisną mi się same przekleństwa na usta. Ale, ale… Co się dalej wydarzyło? Mały, przestraszony pies postanowił uciec przy samej furtce. Nawet nie tyle furtką, ile małą dziurą, którą znalazł pod ogrodzeniem. Przestraszony, niemal już zaszczuty, po prostu uciekł. Zrobił to, co kazał mu instynkt. Całą tę sytuację widziałam przechodząc i obserwując co dzieje się za siatką. Nie zdążyłam złapać uciekającego psa. Podjęłam tę próbę, ale pies mnie nie zna, ja nie znam jego imienia, a ponadto miałam też ze sobą swojego psa. Być może bałby się jeszcze bardziej, gdybym była zbyt natarczywa. Ostatecznie jestem dla niego obca.
Właścicielka podjęła pościg. Tylko do niej zawołałam, gdzie pobiegł pies. Usłyszała. Skręciła w dobrą stronę. Tylko tyle widziałam z daleka. Zatem przynajmniej biegła w dobrym kierunku.
Ta sytuacja nadal siedzi mi w głowie. Jak można mieć zwierzaka i totalnie ignorować jego niefajne zachowanie? Mieć to totalnie gdzieś? Nie każde zwierzaki muszą się lubić. Mają do tego prawo.
Nasuwa mi się refleksja, że dziś mnóstwo ludzi uważa, że łatwiej jest nie widzieć, że coś jest nie tak. Nie reagować. Wiem, czasem reakcja jest ryzykowna, ale ostatecznie rachunek jest dodatni. W większości przypadków.
Żałuję bardzo, że nie mogłam pomóc złapać uciekającego pieska. Istniało też duże ryzyko, że moja psina bardziej by go przestraszyła. Kiedy przyszłam do domu i zostawiłam w mieszkaniu swojego psa, wyszłam ponownie, aby spróbować pomóc. Psa ani właścicielki już nigdzie nie było w mojej najbliższej okolicy. Mam nadzieję, że wszystko skończyło się dobrze. Cała ta historia wydarzyła się tylko dlatego, że ktoś był nazbyt wygodny i wolał udawać, że nic się nie dzieje.

O sprawach mniej przyjemnych

Czyli o wyborach. Wychodzę z założenia, że unikam w życiu tematów mniej przyjemnych, jak polityka. Tak jest lepiej. Nie angażować się w toczone publicznie dyskusje. Nie kłócić się z ludźmi o partie i przekonania. Najgorsze są chyba kłótnie z rodziną, z bliskimi. Ja na szczęście tego nie doświadczyłam, ale obserwuję to u moich znajomych. Dlatego tym bardziej się cieszę, że przyszło mi żyć z ludźmi, którzy cenią przekonania innych. 🙂 To bardzo cenne.
Wracając do tematów około politycznych. Postanowiłam popełnić ten wpis, aby przypomnieć, że naprawdę nie ma się co tak zapędzać w nienawiści. Jedna strona nienawidzi drugą. Nie widzi nic poza tym. Nienawiść nas zaślepia. Uważam, że obie strony podjudzają do złego. Naprawdę nie warto się w to zagłębiać. Pamiętajcie, że w ostatecznym rozrachunku jest człowiek. Ten obok nas, ten ważny i prawdziwy. Nie chcę tutaj pouczać, tylko o tym przypomnieć. Tak przed wyborami. Tak, zanim zacznie się jeszcze większe szaleństwo. Już od dawna je zresztą widzę i obserwuję.
„Ty jesteś gorszy, bo głosujesz na PIS”
„Chyba się pogięło, bo głosujesz na PO”
„A na Lewicę to głosują tylko pomyleńcy”.
No nie. Szanujmy się i już.

Downton Abbey. Film.

W tle pobrzmiewa mi playlista z „Downton Abbey”. Mam zatem idealne tło, aby rozpisać się o filmie powstałym na podstawie znanego serialu „Downton Abbey”. Ciekawa jestem, ilu z Was oglądało serial bądź kojarzy, o czym właściwie jest.
Film mam zupełnie na świeżo, byłam bowiem na nim tydzień temu. Zdziwiła mnie tylko niezbyt duża liczba seansów w ciągu kilku dni od premiery. Czyżby ludzie nie chodzili aż tak tłumnie na „Downton”? Tymczasem w kinie zastałyśmy całkiem sporo osób. Kiedy z głośników rozbrzmiała początkowa melodia, od razu poczułam dreszczyk radości. Któż nie pamięta wzruszeń przy chociażby świątecznych odcinkach? To przecież praktycznie kinowe, dwa odcinki świąteczne!
Idąc do kina bałam się, czy się nie zawiodę. Na szczęście nie. Wszystko rozgrywa się w rok po zakończeniu serialu. Mamy rok 1927, nie nastąpiło jeszcze tak wiele zmian, jak moglibyśmy oczekiwać. Biznesy jakoś przędą, rezydencja niezłomnie na miejscu, zaś Edith jakoś daje radę na nowym terytorium. Choć i jej nie braknie wzruszeń.
Cały film skupia się na jednym wątku, który ujawnia już zwiastun. Mogę zatem śmiało powiedzieć skromnie, iż chodzi o wizytę króla i królowej. Oprócz tego „Downton” porusza mimochodem mnóstwo tematów obyczajowych tamtych czasów. Pojawiają się problemy arystokracji oraz zwyczajnych ludzi. Powiem jeszcze tylko, że jak zawsze możemy polegać na komizmie służby i ciętych ripostach. Film jest zatem pełny pięknych obrazów, dialogów pełnych ciętego języka i doskonałej gry aktorskiej. Zwłaszcza przegadywanki starszych pań stanowią istotny kropkę nad i w naszym filmie. 🙂 Zdecydowanie mogę rzec, że uwielbiam scenarzystów „Downton”. Z tego, co czytałam, jest nim między innymi Julian Fellowes. To takie przykre, że nazbyt często pomija się scenarzystów i nie oddaje im się odpowiedniej sprawiedliwości. Aktorzy grają, ale scenariusza nie byłoby bez udanych scenarzystów. To oczywiste.
Jeśli jesteście fanami, to wybierzcie się koniecznie! Warto, naprawdę warto. To kolejne urocze spotkanie z naszymi bohaterami. Prawie jak spotkanie z rodziną i sprawdzenie, czy wszystko jest u nich dobrze. A nasi bohaterowie odpowiedzieliby nam zapewne: „Of course”.