Gdzie czujemy się sobą?

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad wieloma kwestiami, o których dawniej nie myślałam. Podjęłam ostatnio decyzję, że mimo wszystko próbuję zostać w Krakowie. Będę walczyć i wciąż to czynię. Kiedyś wydawało mi się, że Warszawa, Gdańsk czy jakieś miasteczko w Danii to miejsca dla mnie. I że tam wszystko będzie dobrze i się uda. Teraz chyba dorosłam. Pozbawiłam się marzeń i złudzeń. Zostaję na razie tu, gdzie jestem. Albo się uda robić to, o czym zawsze marzyłam, albo pójdę do pierwszej, lepszej pracy. To już nie jest tak ważne.
Zastanawiam się, co o tym decyduje. O tym, że gdzieś czujemy się jak w domu. Bo przecież nie zawsze jest z nami rodzina czy bliscy nam ludzie. Być może poznajemy kogoś w tym odległym miejscu, kto zmienia nasze życie. Może mamy świetną pracę, w której się spełniamy?
Co sprawia, że to nasz dom? Gdzie czujemy się sobą, tak prawdziwie i bez udawania? Czy istnieją miejsca, gdzie nie płaczemy, gdzie da się znosić przeciwności losu.
Jestem krakowianką. I przez te lata spędzone w tym miejscu wielokrotnie czułam się bezsilna. Denerwowało i wciąż denerwuje mnie wiele rzeczy. Problem w tym, że tutaj są bliskie memu sercu osoby. I chociaż mam w głowie obraz idealnego dla mnie miasta (a jest to Gdańsk z cudownymi kamieniczkami, Starym Miastem, Jelitkowem [jednakże nazwa jest porażająco brzydka] czy urzekającą Oliwą!), to będę tutaj. Chyba najbardziej kochamy to, co jest nieidealne, irytujące i totalnie odległe od naszych wyobrażeń. Być może jest to rozwiązanie zagadki.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Tak się mówi. Często to ostatnio słyszałam. „Kończymy studia, co my będziemy po tym robić?”. Powiem tak, kochałam moje studia. Czasem było trudno, wściekałam się, zdarzyło mi się popłakać nad trudniejszą kwestią, ale i płynąć przez to wszystko. Z radością i poczuciem, że mnie to ciekawi. Nie jestem inżynierem, nie studiowałam jakichś ważniejszych kwestii, o których ludzie powiedzieliby, że są trudne
do pojęcia. I w mojej dziedzinie zdarzają się trudniejsze kwestie,
ale można je ogarnąć i zrozumieć. Trzeba się tylko przyłożyć.
Obroniłam się. Spanikowałam i to bardziej, niż przed zwykłymi egzaminami. Bo trafiła mi się komisja słynąca ze srogiego podejścia. Z trudnych, podchwytliwych pytań. I owszem, dostałam je. Ale zostały zadane z uśmiechem na ustach i uśmiechem łagodnym, uprzejmym, życzliwym. To było bardzo budujące. A ja zdałam sobie sprawę, że znam odpowiedzi. Że potrafię je nawet analizować na bieżąco i wyciągać nowe wnioski. To było świetne! Prawdziwa obrona. Mimo że nie znałam pytań, tak jak sporo ludzi na moim roku. Mam chociaż tę satysfakcję. Obroniona na piątkę, na świetnej, interesującej obronie! Wśród inteligentnych ludzi o ciekawych poglądach na sprawę. Przy drobnej sugestii promotora: „A to jest ciekawa kwestia do rozwinięcia na doktoracie, proszę pani”. Na doktorat nie pójdę. Nie zniosłabym niskiego wynagrodzenia i chyba nie nadaję się do nauczania. Ale dla własnej satysfakcji, kiedyś, w spokojniejszej chwili… Może spróbuję. Zobaczymy, co mi przyniesie los.
Wciąż biegam na spotkania o staż, usiłując się dostać do ciekawych agencji reklamowych. Próbuję. Nie chcę na razie opuszczać rodzinnego miasta i mam swoje powody. Jeśli jednak się nie uda, będę musiała wyjechać do Warszawy. Tam możliwości jest mnóstwo. Pytanie, czy się utrzymam. Nie wiem. Pewnie z początku będę przymierać głodem. Dorabiać w weekendy gdziekolwiek. Wolałabym tego uniknąć. Ale nikt mi nie powie, że się nie da. Sporo ludzi tak żyje i walczy z losem.
Zobaczymy, co się stanie. Wierzę, że Bóg mi pomoże przetrwać to wszystko i znaleźć swoją drogę. Należę do pokolenia zmarnowanych szans, ale może nie tak całkiem zmarnowanych.

Teoretycznie to proste.

Tylko teoretycznie. Właśnie kończy się jakiś rozdział mojego życia. Z jednej strony powinniśmy się cieszyć. My, którzy kończymy studia, jesteśmy już na ostatniej prostej. Tylko czy wiemy co dalej?
Jeśli wiecie, to znaczy, że trafiliście na złą stronę. Bo coś Wam wyszło.
Ja wiem tylko, że potrzebuję jak powietrza akceptacji samej siebie. Chcę coś robić w życiu, a nie wiem, czy dostanę się na staż w mojej wymarzonej branży. Tylko taka osoba jak ja mogła się na jakiś dostać, a potem zrezygnować. Bo było za mało możliwości rozwoju. Kto się tak zachowuje, prawda?
O tym chciałabym Wam powiedzieć. Że często zachowujemy się impulsywnie i nieprzewidywalnie. Że wszyscy mamy jakieś cele i marzenia. Niewielu one wyjdą. Zawsze znajdzie się znajomy czy znajoma, którzy dostaną się na świetny staż w super miejscu. Albo dostaną pracę. A ty będziesz się zastanawiać, czy masz siłę wstać z łóżka. Mówiąc szczerze, ja często nie mam siły. I tym bardziej to boli, że wiem, że muszę zostać w rodzinnym mieście. Że powinnam, bo musimy się wszyscy wspierać. W innym mieście się nie utrzymam, nie od razu.
Czy czasem czujecie się tak, jakbyście dostali kowadłem w głowę? To mamy coś wspólnego, naprawdę! I teraz jest we mnie śmiech przez łzy, bo znam to uczucie. Jesteście ze mną? To znaczy, że ten świat nie jest taki szalony.
Nieraz włączam Instagram i widzę upozorowane zdjęcia. Idealnie ubrani znajomi w idealnych pozach. Znam życie prywatne niektórych z nich. I wiem, że nie bywa kolorowo. Dlaczego udajemy? Czy wszyscy się boimy? A gdyby tak stanąć przed nimi wszystkimi i powiedzieć: „Nie jestem idealna. Są chwile, kiedy wyję pod prysznicem, żeby nikt z domowników tego nie usłyszał. Płaczę i wszystko wywołuje we mnie łzy. Jestem słaba”. Założę się, że wbrew pozorem jest więcej takich osób. A jednak kultura idealności, Facebooka i Instagramu nas do tego doprowadziła. Boimy się emocji, które ukazują naszą słabość. Pozwalamy sobie tylko na radość. Może właśnie to pozwala nam się nie rozsypać na co dzień? Nie wiem.
Bronię się we czwartek. Moja rodzina wciąż sądzi, że mam staż w poprzednim miejscu, a ja z niego zrezygnowałam w ten wtorek. Szukam nowego. Nie wiem na czym stoję. Wiem tylko, że należę do pokolenia zmarnowanych szans.