Jednodniowy wyjazd

Jako że mamy wakacje większość ludzi gdzieś wyjeżdża. W dalszym ciągu wiele osób dzieli się na #teammorze i #teamgóry. Inni wybierają też wyjazdy zagraniczne, co wcale nie dziwi. Ilość ofert last minute stale zaskakuje. 🙂 Gdybym miała możliwość i mogłabym wybierać, w tym roku byłabym znowu w Gdańsku. Odwiedziłam to miasto rok temu (zdecydowanie byłam za krótko) i wróciłam zachwycona. Ewentualnie Rzym, który stale za mną chodzi.
Dla osób takich jak ja, które nie mają teraz opcji wyjazdu, zostają chyba tylko wycieczki jednodniowe. Też sobie taką zaplanowałam. Znowu do Warszawy, ze znajomymi. Tym razem pod kątem kilku bardziej znanych zabytków oraz małych zakupów. Dotychczas w Warszawie bywałam ze względów osobistych lub z powodu koncertów. Czasu na zwiedzanie jakoś nie było. Teraz planuję sobie, co dokładnie zobaczę, w jaki autobus wsiądę. To uspokaja. Daje trochę siły.
Wycieczki i podróże mają w sobie coś magicznego, co pozwala nam się trochę zresetować i opanować myśli. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. A Wy? Planujecie jakieś wycieczki w najbliższym czasie?

Reklamy

Nie mam na nic czasu

Mam wrażenie, że to zdanie słyszałam milion razy. „Nie mam na nic czasu”. Albo „A po pracy już nie mam na nic siły”. To prawda, czasem są takie dni, kiedy mamy ochotę rzucić wszystkim i nie robić nic. Wtedy trzeba tak zrobić. Zresetować się, odpocząć, poczytać książkę czy obejrzeć film. To ważne dla naszego zdrowia psychicznego.
Problem zaczyna się, kiedy to nasze „nie mam na nic czasu” staje się nawykiem. I kiedy zaczyna zabierać nam coraz więcej czasu. Bo powinniśmy próbować mimo wszystko walczyć, żeby zrobić coś pożytecznego.
Stale toczę ze sobą taką walkę, mimo że powracająca anemia mi tego nie ułatwia. Często jestem zmęczona i mam tak właśnie ochotę rzucić się na łóżko i pooglądać serial. Okej, czasem tak robię. Ale kiedy indziej staram się zrobić coś, co mnie rozwinie. To nauka języków obcych, czasem wypróbowanie nowego przepisu kulinarnego. Byleby zrobić cokolwiek. To niekiedy walka z czasem. Wracasz późnym popołudniem i w sumie masz już niewiele czasu do końca dnia.
Zastanawiam się czasem, jak robią to ludzie bardziej zorganizowani, niż ja. Mimo że coś robię, mam wrażenie, że czas rzeczywiście bardzo ucieka. To bardzo frustrujące, kiedy jest się człowiekiem, który lubi wszystko wcześniej zaplanować. W sensie zaplanować w swojej głowie. Mam wielkie plany, ale czy uda się je kiedykolwiek dobrze wypełnić? To się pewnie okaże.
Czy macie jakieś sposoby na zaklinanie czasu?

Wszyscy robimy to, co musimy

Ostatnio jedna kwestia spędza mi sen z powiek. Każdy z nas ma na swoich barkach jakiś ciężar. Coś, o czym nie powie nikomu, co kryje przed rodziną i znajomymi, żeby ich nie martwić. Czasem nie ma pracy albo praca jest tak bardzo stresująca, że wręcz wykańcza psychicznie. Bywa. Tak się zdarza.
Albo kłopoty zdrowotne czy rodzinne. Co robić, kiedy wiemy, że i tak nie wyplątamy się z patowej sytuacji? Ja zastanawiam się do tej pory.
Czy Wy też macie wrażenie, że media, Instagram czy Facebook wykreowały idealny świat? Nadmiernie idealny. Oznaczamy kolejne drogie posiłki. Wstawiamy świetne fotki, do których pozowaliśmy pół godziny. Znam takie osoby, naprawdę. I nie mam w sumie zdania. Wiem za to, że mnie byłoby tylko szkoda tej pół godziny. Ludzie oznaczają się w kolejnych podróżach. I spoko, niech się oznaczają, niech podróżują i chłoną świat. Ale mam wrażenie, że coraz więcej osób nie potrafi oddzielić się od tego internetowego świata, oderwać od tego. A potem oceniamy swoje życie i porównujemy się do tego, co znaleźliśmy w Internecie na profilach znajomych. Czy tak to powinno wyglądać?
Cóż, zaczynam sierpień pesymistycznie, lecz są to kwestie, które przychodzą do mnie znienacka.

Nie ma jak bajgle

Od pewnego czasu co chwilę słyszę, że ktoś idzie na bajgle. Nagle bajgle wypłynęły na powierzchnię w kulinarnym świecie. A przecież już od tak dawna słychać gdzieniegdzie to słowo.
Niejednokrotnie oglądając amerykańskie seriale czy też czytając takie książki, widziałam, że bohaterowie jedzą bajgle. Choćby w nieśmiertelnym Suits. Harvey wyskakujący na chwilę z budynku po bajgla. Wiele rozmów z innymi przeprowadzonych przy bajglowym stanowisku. I jak tak sobie teraz myślę, to przecież fajnie, że bajgiel pochodzi z Krakowa. Mamy coś super, kolejną wspaniałą rzecz, którą możemy pochwalić się przed całym światem!
Bajgiel wypieka się od XVII wieku. Wywodzi się z żydowskiej kultury. Według podań, które czytałam, bajgla dawano kobietom po narodzinach dziecka. Właściwie, to ciekawe dlaczego? Nie znalazłam jednak informacji na ten temat. Z czasem, na początku XX wieku, bajgiel zawędrował z imigrantami za wielką wodę. W wielkim świecie, w Nowym Yorku, znalazł swoje miejsce. Dziś mówi się o tym, że wiele osób trafia na ostry dyżur w niedzielne ranki. Wszystko z powodu bajgli! To efekt niewprawnego ich krojenia.
Żałuję bardzo, że bajgiel nie jest tak promowany w Krakowie, jak być powinien. To powinna być nasza duma i chluba, niczym obwarzanek. I choć obwarzanek i bajgiel są często mylone i nie są tym samym, to oba są ważne. Powinniśmy je umiejętnie promować w świecie. I podkreślać, że to nasz pomysł, a nie nowojorski.
A Wy? Czy Wasze miasta z czegoś słyną?

P.S. Żeby nie było, jadłam dziś bajgla na śniadanko w świetnym miejscu. Na Zabłociu. 🙂 I tak mnie to zainspirowało, że oto widzicie mój post.

Najlepsze postacie z książek

Większość mojego życia obracała się i wciąż obraca się wokół książek. To istotna część wszystkiego, co robię. Prawdopodobnie dzięki nim trafiłam na moje studia i mam humanistyczne zainteresowania.
A skoro tak, to czemu by nie stworzyć rankingu 5 najlepszych postaci z moich ukochanych książek? W tle leci mi moje ukochane Celtic Music, które tylko podsuwa mi kolejne propozycje. Tyle książek przy nich przeczytałam!

1. Konstanty Dmitricz Lewin – moja miłość do niego chyba już na zawsze pozostanie niezmienną. I to nie tylko zasługa czasów, w których żył i które uwielbiam. Lewin zawsze byłby taki sam. Tak samo szlachetny i zastanawiający się wiecznie nad życiem. Wiele z jego przemyśleń zawsze było mi bardzo bliskie. Kostia jest ambitny, pracowity, ale nazbyt często za mało wierzy w siebie. Ostatecznie zdobywa miłość swojego życia i, mimo różnych perypetii, daje sobie radę z przeciwnościami. Ach i najważniejsze. Kostia jest rudy! Nigdy nie rozumiałam docinków do osób o rudych włosach. Przecież to jeden z lepszych kolorów świata. Zdecydowanie Lewin wygrywa we wszystkich rankingach.

2. Fitzwilliam Darcy – Skoro już jesteśmy w podobnych czasach, to nie może go tu zabraknąć. Nie ma takiej możliwości. To człowiek, którego podziwiam za szczerość. Mimo dumy i różnych perypetii, które z niej wyniknęły, potrafi sobie poradzić. Jest szlachetny i taki dobry. Znosi zło, które go spotkało, kiedy trzeba umie się też wnieść ponad doznane krzywdy. Austen doskonale odmalowała obraz niebanalnej postaci.

3. Remus Lupin – iście księżycowy bohater od J. K. Rowling. Uwielbiałam go zawsze za wszystko. Nie znajduję w nim wad. Zawsze bardzo mu współczułam. Jest odpowiedzialny i mimo wszystko dzielny. I chce być szczęśliwy. Nie można też zapomnieć o aktorze, który zagrał w ekranizacji. Jest świetny!
Remus był jednym z głównych bohaterów moich opowiadań fanowskich, publikowanych w internecie. On i wymyślona postać. Uwielbiałam ten duet, jak i wszystko, co związane z Huncwotami.

4. Bliźniacy Weasley – skoro już jesteśmy przy temacie serii Harry’ego Potter’a, to warto o nich wspomnieć. Najlepsi w dowcipach i ciętych tekstach. Kierowali je do wszystkich. Potrafi stworzyć swój biznes i rozmnożyć pieniądze otrzymane od Harry’ego. I chociaż losy tego duetu potoczyły się źle, to chyba wszyscy dobrze ich wspominamy.

5. Anna Shirley – moja imienniczka. Towarzyszyła mi mniej więcej od ósmego roku życia, kiedy to znalazłam na półce pierwszą część serii. Bohaterka rozmarzona, jednocześnie niezłomna w walce o szczęście. Jest impulsywna, tak jak i ja. Często się z nią identyfikowałam, bowiem chyba jestem tak samo oderwana od rzeczywistości, jak ona. I ostatecznie została żoną Gilberta, to się ceni! Zawsze szkoda mi było tylko biednej Lucy Maud Montgomery, o której przykrych losach można przeczytać w internecie. Wszystko wskazuje na to, że jej życie nie było tak dobre, jak Ani.

Dopiero teraz zauważyłam, że mój ranking to praktycznie sami faceci. Cóż jednak zrobić, skoro byli zdecydowani najlepsi? A Wy macie jakieś ulubione postacie z książek?

Gdzie czujemy się sobą?

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad wieloma kwestiami, o których dawniej nie myślałam. Podjęłam ostatnio decyzję, że mimo wszystko próbuję zostać w Krakowie. Będę walczyć i wciąż to czynię. Kiedyś wydawało mi się, że Warszawa, Gdańsk czy jakieś miasteczko w Danii to miejsca dla mnie. I że tam wszystko będzie dobrze i się uda. Teraz chyba dorosłam. Pozbawiłam się marzeń i złudzeń. Zostaję na razie tu, gdzie jestem. Albo się uda robić to, o czym zawsze marzyłam, albo pójdę do pierwszej, lepszej pracy. To już nie jest tak ważne.
Zastanawiam się, co o tym decyduje. O tym, że gdzieś czujemy się jak w domu. Bo przecież nie zawsze jest z nami rodzina czy bliscy nam ludzie. Być może poznajemy kogoś w tym odległym miejscu, kto zmienia nasze życie. Może mamy świetną pracę, w której się spełniamy?
Co sprawia, że to nasz dom? Gdzie czujemy się sobą, tak prawdziwie i bez udawania? Czy istnieją miejsca, gdzie nie płaczemy, gdzie da się znosić przeciwności losu.
Jestem krakowianką. I przez te lata spędzone w tym miejscu wielokrotnie czułam się bezsilna. Denerwowało i wciąż denerwuje mnie wiele rzeczy. Problem w tym, że tutaj są bliskie memu sercu osoby. I chociaż mam w głowie obraz idealnego dla mnie miasta (a jest to Gdańsk z cudownymi kamieniczkami, Starym Miastem, Jelitkowem [jednakże nazwa jest porażająco brzydka] czy urzekającą Oliwą!), to będę tutaj. Chyba najbardziej kochamy to, co jest nieidealne, irytujące i totalnie odległe od naszych wyobrażeń. Być może jest to rozwiązanie zagadki.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Tak się mówi. Często to ostatnio słyszałam. „Kończymy studia, co my będziemy po tym robić?”. Powiem tak, kochałam moje studia. Czasem było trudno, wściekałam się, zdarzyło mi się popłakać nad trudniejszą kwestią, ale i płynąć przez to wszystko. Z radością i poczuciem, że mnie to ciekawi. Nie jestem inżynierem, nie studiowałam jakichś ważniejszych kwestii, o których ludzie powiedzieliby, że są trudne
do pojęcia. I w mojej dziedzinie zdarzają się trudniejsze kwestie,
ale można je ogarnąć i zrozumieć. Trzeba się tylko przyłożyć.
Obroniłam się. Spanikowałam i to bardziej, niż przed zwykłymi egzaminami. Bo trafiła mi się komisja słynąca ze srogiego podejścia. Z trudnych, podchwytliwych pytań. I owszem, dostałam je. Ale zostały zadane z uśmiechem na ustach i uśmiechem łagodnym, uprzejmym, życzliwym. To było bardzo budujące. A ja zdałam sobie sprawę, że znam odpowiedzi. Że potrafię je nawet analizować na bieżąco i wyciągać nowe wnioski. To było świetne! Prawdziwa obrona. Mimo że nie znałam pytań, tak jak sporo ludzi na moim roku. Mam chociaż tę satysfakcję. Obroniona na piątkę, na świetnej, interesującej obronie! Wśród inteligentnych ludzi o ciekawych poglądach na sprawę. Przy drobnej sugestii promotora: „A to jest ciekawa kwestia do rozwinięcia na doktoracie, proszę pani”. Na doktorat nie pójdę. Nie zniosłabym niskiego wynagrodzenia i chyba nie nadaję się do nauczania. Ale dla własnej satysfakcji, kiedyś, w spokojniejszej chwili… Może spróbuję. Zobaczymy, co mi przyniesie los.
Wciąż biegam na spotkania o staż, usiłując się dostać do ciekawych agencji reklamowych. Próbuję. Nie chcę na razie opuszczać rodzinnego miasta i mam swoje powody. Jeśli jednak się nie uda, będę musiała wyjechać do Warszawy. Tam możliwości jest mnóstwo. Pytanie, czy się utrzymam. Nie wiem. Pewnie z początku będę przymierać głodem. Dorabiać w weekendy gdziekolwiek. Wolałabym tego uniknąć. Ale nikt mi nie powie, że się nie da. Sporo ludzi tak żyje i walczy z losem.
Zobaczymy, co się stanie. Wierzę, że Bóg mi pomoże przetrwać to wszystko i znaleźć swoją drogę. Należę do pokolenia zmarnowanych szans, ale może nie tak całkiem zmarnowanych.